W co ubierali się krakowianie na przełomie wieków

Prezentujemy unikatową kolekcję JESIEŃ/ZIMA 1899-1904. Wszystkie wycinki pochodzą z prasy krakowskiej z podanych lat.

Większość towarów można było dostać w naszym Krakowie (linia A-B Rynku Głównego najmilej widziana), a po niektóre dodatki trzeba się było udać do Wiednia. Ale to nie problem, bo przecież od połowy XIX wieku mamy linię kolejową Kraków-Wien.

Co do prezentowanej kolekcji to warto zapamiętać, że strzelba przy boku zdecydowania nadaje męskości, a bielizna bywała niegdyś "stale czysta".

KOLEKCJA DAMSKA
"Czas" 1900, nr 221 (5 IX), wyd. ppłd.
"Czas" 1902, nr 230 (7 X), wyd. ppłd.

"Nowa Reforma" 1903, nr 232 (11 X)
 KOLEKCJA MĘSKA
"Czas" 1902, nr 230 (7 X), wyd. ppłd.
"Głos Narodu" 1899, nr 250 (3 XI)
"Głos Narodu" 1899, nr 143 (27 VI)
DODATKI
"Głos Narodu" 1899, nr 250 (3 XI)
"Nowa Reforma" 1904, nr 134 (14 VI)
"Czas" 1902, nr 230 (7 X), wyd. ppłd.
"Czas" 1900, nr 221 (5 IX), wyd. ppłd.
"Nowa Reforma" 1903, nr 86 (16 IV)




17 IX 1898: anarchista u Rosenstocka


Historia o Adolfie Nowaczyńskim wykrzykującym hasła anarchistyczne w knajpie niedługo po śmierci austriackiej cesarzowej Elżbiety jest cytowana i powtarzana przez wiele źródeł i wspominana w różnego rodzaju wydawnictwach pamiętnikarskich.

Sytuacja miała miejsce w kawiarni Bernarda Rosenstocka, znajdującej się na skrzyżowaniu ulicy Lubicz i obecnej ulicy Westerplatte. Tadeusz Boy-Żeleński tak opisywał charakter kawiarni:
(...)była kawiarnia, której nie zamykano nigdy, otwarta bez przerwy dniem i nocą przez trzydzieści lat istnienia: „Rosenstock” („Rosenkreutzer” jak go nazywał Przybyszewski), na rogu ulicy Lubicz. Była to najbardziej malownicza knajpa, jaką znałem; ponieważ, począwszy od trzeciej rano, była jedyną, spotykały się tam wszystkie stany. Złota młodzież wprost z balu we frakach, i również we fraku kelner z innej kawiarni, który po fajerancie zachodził jako gość na partyjkę bilardu. Tupot nóg dorożkarzy wstępujących na rozgrzewkę i szwargot oficerów austriackich.
Antoni Waśkowski w swoich wspomnieniach umieszcza kawiarnię na rogu ulicy Lubicz i ulicy Pawiej. 10 lat młodszy od Nowaczyńskiego i Żeleńskiego, pewnie nie bywał u Rosenstocka, gdy ten miał lokal przy ulicy Kolejowej. Rosenstock dopiero w 1909 roku przeniósł restaurację i kawiarnię nieopodal, do własnego domu.

Źródło: "Nowa Reforma" 1909, nr 582 (19 XII)

A co się stało po aresztowaniu z Adolfem Nowaczyńskim? Tak tę historię opisuje, wspomniany już, Waśkowski:
Ojciec Nowaczyńskiego - sędzia, wpłynął na szefa prokuratury, Wędkiewicza, który sprawą tak pokierował, że młody winowajca zdążył wyjechać do Monachium. Tu wszedł w orbitę wpływów i szaleństw cyganerii artystycznej i rozpił się. Zdarł płuca na strzępy i wrócił do Krakowa z gruźlicą. (...) Wywieziono Nowaczyńskiego do cudotwórczego Meranu. Po roku wrócił z nowym zasobem sił i przekory do walki. Ojciec stworzył mu warunki, w jakich synalek mógł kończyć studia uniwersyteckie. Ale cóż? Nowaczyński ani w głowie miał naukę. Napisał sztukę "Prawo mimikry", w której wykpił własną rodzinę. Grano tę sztukę w teatrze krakowskim. Matka Nowaczyńskiego poszła na galerię dla niepoznania w przebraniu, aby spojrzeć własnymi oczyma na ten "skandal" rodziny. Prosiła Solskiego o zdjęcie sztuki z afisza; sztuka jednak sama padła.

Pierwszy fragment prasowy pochodzi z dziennika "Głos Narodu" 1898, nr 212 (17 IX).

Bibliografia:
1) Tadeusz Boy-Żeleński, Znaszli ten kraj, Gdańsk 2001.
2) Antoni Waśkowski, Znajomi z tamtych lat, Kraków 1960.
3) Okoliczności śmierci pozostaną niewyjaśnione.

28 VIII 1899: Pierwsza Krajowa Fabryka Wyrobów Platerowych, Srebrnych i Metalowych


Redakcja popija herbatę z lampowego samowara, wynalazku firmy Jakubowskiego i Jarry w Krakowie. Kim byli właściciele i co po nich nam pozostało?

Cukiernica skrzynkowa [źródło]
Marceli Jakubowski urodził się w pobliskiej Bochni (16 I 1844), jednak do Krakowa przyjechał dopiero jako dorosły mężczyzna. Nie które z opracowań podają, że około 1880 roku razem z Marcinem Jarrą (ur. 11 XI 1852) zostali wysłani z Warszawy do dawnej stolicy, żeby przy ulicy Wiślnej założyć filię Fabryki Wyrobów Platerowanych Norblina. Najpewniej było to jednak dopiero kilka lat później.


W 1887 roku panowie zakładają własną spółkę "Jakubowski et Jarra", gdzie początkowo prowadzą magazyn i handlują wyrobami platerowanymi (inaczej zwanymi "chińskim srebrem") sprowadzanymi m.in. z Zakładów Norblina i tulskich fabryk.

[źródło: "Djabeł" 1887, nr 20 (20 X)]
W latach 1893-1894 budowniczy Aleksander Biborski z pomocą majstra murarskiego Tomasza Bujasa stawiają (lub adaptują już istniejący budynek) dla spółki Jakubowskiego i Jarry dom fabryczny przy obecnej ulicy Berka Joselewicza 21 (dawniej nr 19). W nowej siedzibie firma zakłada fabrykę wyrobów platerowanych, podejmuje się wszelkich reparacji i jak dawniej prowadzi sprzedaż, a także wypożycza zastawy klientom.

[źródło: "Kalendarz Krakowski" Józefa Czecha na rok 1893]
Ostatnie lata XIX wieku są dla spółki bardzo pracowite, ale i lukratywne. Oprócz fabryki powstają mniejsze magazyny w Sukiennicach oraz we Lwowie. Ich wyroby są sprzedawane nie tylko na terenie Krakowa, ale także w Rosji, Rumunii, na Węgrzech, w Czechach, Niemczech, a nawet są wysyłane do Ameryki. W 1892 roku firma Jakubowskiego i Jarry zostaje uhonorowana srebrnym medalem, a w 1894 roku rządowym dyplomem na wystawie lwowskiej za swoje wyroby platerowane.

Komplet, karafka i sześć kieliszków na tacy [źródło]

Poza zaopatrywaniem gospodarstw domowych fabryka podejmowała się także dużo większych wyzwań. Jakubowski i Jarra są odpowiedzialni za roboty brązownicze w teatrze Słowackiego, co jest opisane w "Przewodniku ilustrowanym po ces. król. austr. kolejach państwowych na szlakach...":
(...) świeczniki, jako to wielki pająk z 150 promieniami, żyrandole w foyer i klatce schodowej, wszystkie świeczniki ścienne z bogatem ornamentalnem i figuralnem wyposażeniem są wyrobem krakowskiej firmy Jakubowskiego i Jarre.
[źródło: "Nowa Reforma" 1895, nr 289 (15 XI)]
Spółka zajęła się również wyrobem rozet wentylacyjnych i drążków dywanowych dla Teatru Wielkiego we Lwowie, odlała pomnik Lenartowicza umieszczony w Panteonie Narodowym na Skałce i kratę w kaplicy Czartoryskich na Wawelu zaprojektowaną przez Zygmunta Hendla. W klasztorze OO. Kapucynów w Krakowie można także oglądać pamiątkową tablicę odlaną w brązie przez fabrykę Jakubowskiego i Jarry według projektu Alfreda Dauna z okazji rocznicy poświęcenia tam pałasza Kościuszki (1896).

Święcenie pałaszy [źródło]
Z nieznanych przyczyn panowie Jakubowski i Jarra rozstają się w 1900 roku. Marceli Jakubowski udzielał się czynnie w stowarzyszeniach i został nawet zastępcą prezesa Towarzystwa kredytowego rękodzielników i przemysłowców oraz Wydziału "Koła mieszczańskiego". Zasiadał także jako sędzia obywatelski w sądzie przemysłowym. Poza tym prowadził nadal sprzedaż wyrobów metalowych w Krakowie i we Lwowie oraz kantor. Jakubowski prawdopodobnie w 1910 roku wyprowadził się do Lwowa, jednak nie są to informacje pewne.

[źródło: "Księga adresowa Krakowa i Podgórza" na rok 1905]
Fabrykę przy ulicy Berka Joselewicza przejął Marcin Jarra i samodzielnie prowadził ją jako spółkę jednoosobową od 1901 roku aż do wybuchu pierwszej wojny. Wyspecjalizował się w produkcji naczyń liturgicznych, które eksportowano głównie do krajów bałkańskich. Interes musiał wieść się dobrze, gdyż w 1902 roku Jarra zatrudniał 79 robotników (w niektórych źródłach padają większe liczby), a w 1910 roku aż 200. W 1926 roku interes wznowili jego synowie, którzy po śmierci ojca, tj. w 1938 roku przenieśli się do Warszawy.

[źródło: "Nowa Reforma" 1906, nr 251 (4 XI)]
Wyroby fabryki Jakubowskiego i Jarry były bardzo popularne, gdyż ich cena była niska, a jakość stosunkowo dobra. Dziś można wiele z wytworów Jakubowskiego i Jarry odnaleźć na aukcjach internetowych i w galeriach antyków nie tylko w Polsce, ale także na stronach zagranicznych. Ceny dobrze zachowanych obiektów bywają wysokie, a komplety cieszą się dużą popularnością. Przykłady:

Samowar [źródło]
Świeczniki [źródło]
























Patera z motywem winorośli [źródło]

Pierwszy fragment prasowy pochodzi z dziennika "Głos Narodu" 1899, nr 194 (28 VIII) 

Bibliografia:
1) Michał Myśliński, Oferta sprzedaży wyrobów platerowanych fabryki Marcina Jarry w Krakowie z 1901 roku [w:] "Kwartalnik Historii Kultury Materialnej", R. 59, z. 2, 2011, s. 235-252.
2) Polski Słownik Biograficzny, T. XI, 1964-65, s. 22-23.
3) Dziennik Polski.
4) "Kalendarz Krakowski" Józefa Czecha.
5) Spisy ludności Krakowa z lat 1890 i 1900.
6) Ryszard Kotewicz, Z dziejów przemysłu Krakowa w latach 1918-1939, Kraków 1981, s. 66-67.

Dodatkowo na TYM zdjęciu można zobaczyć podobiznę Marcina Jarry z 1896 roku - pierwszy od prawej w dolnym rzędzie.

14 VII 1905: budowa łaźni ludowej na Piasku


W Krakowie wodociągi miejskie otwarto dopiero w 1901 roku. Do tej pory mieszkańcy miasta zażywali kąpieli w Wiśle, oczywiście jeśli pogoda na to pozwalała. Skoro jednak od czterech lat działa już system wodociągowy to dlaczego nie zbudować "nowoczesnych" łaźni? W 1905 roku Kasa Oszczędności miasta Krakowa zadeklarowała się postawić tego rodzaju przybytki dla biedniejszych mieszkańców miasta.
Wincenty Wdowiszewski, w maju 1905 roku, zgłosił na posiedzeniu rady miasta wniosek o umieszczeni łaźni miejskich na działce przy ulicy Karmelickiej. Kilku radnych podważyło jednak ten pomysł wskazując, że łaźnia ludowa powinna znajdować się na takiej ulicy, na którąby mógł iść brudny i zakurzony robotnik, nie paradując niejako swą nędzą na ulicach, gdzie dostatek tylko się znajduje. W końcu ten właśnie plac, przy jednej z elegantszych ulic, zdecydowano się przeznaczyć na łaźnie.

Łaźnia ludowa przy ulicy Karmelickiej, 1929 rok [źródło: B. Zbroja, K. Myślik, Nieznany portret Krakowa, Kraków 2010]
Wielkie otwarcie odbyło się 4 listopada 1906 roku (a nie 1905 roku, jak piszą autorzy "Nieznanego portretu Krakowa", którzy zapewne korzystali z "Kalendarza krakowskiego Józefa Czecha" na rok 1905, w którym ten błąd się pojawił). Jako, że łaźnia została oddana przez Kasę Oszczędności na własność gminy, na uroczystości jej poświęcenia, dzień przed otwarciem, znalazło się wiele osobistości, co relacjonował reporter "Czasu": Przybył p. delegat Federowicz i komisarz rządowy Kasy p. sekretarz namiestnictwa Władysław Kowalikowski. Z reprezentacyi gminy był obecny prezydent miasta Dr Leo z obu wiceprezydentami Chylińskim i Sarem i radcami miejskimi, dyrektor urzędu pocztowego p. Maryan Biliński, grono obywateli, lekarzy. Gości przyjmowali dyrektorowie Kasy pp. Dr Walenty Staniszewski i Zygmunt Kowalski z urzędnikami.

Sam budynek usytuowany przy Karmelickiej (obecnie na lewo od "Kefirka") wyróżniał się spośród zabudowy ulicy. W numerze "Nowej Reformy" z 31 października 1906 roku (nr 248) znajdujemy szczegółowy opis inwestycji (pisownia oryginalna):

   Łaźnia ludowa, wybudowana na gruncie miejskim, kosztem około 40.000 koron, z funduszu miejskiej Kasy Oszczędności, mieści się przy ulicy Karmelickiej 47, w piętrowym gmachu, zbudowanym podług projektu budowniczego r. m. p. Beringera. Zarówno w rozkładzie całości, jak u urządzeniu poszczególnych części, przyjęto i zastosowano wszystkie nowoczesne ulepszenia, tak, że krakowska łaźnia ludowa może służyć za wzór, jak takie zakłady urządzane być powinny. Główne wejście od ulicy prowadzi na wysokie parter, gdzie mieszczą się dwie poczekalnie, dla mężczyzn i kobiet. W poczekalniach, które z czasem mają być urządzone także jako czytelnie ludowe, nabywa się w okienku kasy bilety; zaś osobnemi korytarzami przechodzi się do kabin kąpielowych. Kabin tych jest 16, z tego 4 z wannami (2 dla mężczyzn, 2 dla kobiet), 9 natryskowych dla mężczyzn i 3 natryskowe dla kobiet. Zarówno podłogi jak i ściany, przedzielające kabiny, są pociągnięte t. zw. teraną, to  jest twardym materyałem, imitującym marmur, który bardzo łatwo zmyć i wysuszyć. Kabiny posiadają proste, lecz wystarczające umeblowanie, składające się z lustra na ścianie, ławki i wieszadeł, kabiny natryskowe posiadają najlepsze techniczne urządzenie, pozwalające samemu kąpiącemu się regulować ciepłotę tuszu, który może być puszczony równocześnie także od dołu. Przyrząd tuszowy od góry umieszczony jest nie wprost nad głową, ale pod kątem ostrym, gdyż czasem kąpiący się  nie znosi zlania głowy.
   Wnętrze całego gmachu, pełne światła i słońca, malowane jest na kolor perłowy, przyjemny dla oka, wszędzie panuje jednostajna ciepłota, z powodu dobrze skonstruowanego ogrzewania centralnego. - Umieszczone w kilku salach hydranty wodociągowe pozwalają w jednej chwili zlać cały gmach wodą, który prócz tego będzie raz w tygodniu zmywany i desinfekcyonowany rozczynem sublimatu; oświetlenie gmachu jest elektryczne. Na piętrze mieszczą się mieszkania: maszynisty i zarządcy łaźni, na niskim parterze mieszkania służby , oraz pralnia, w suterenach znajdują się maszyny i całe urządzenie techniczne. oraz składy, na strychu zbiorniki wody.
   Ceny kąpieli będą nadzwyczaj niskie: kąpiel w wannie z mydłem i ręcznikiem 40 halerzy, kąpiel natryskowa z mydłem i ręcznikiem 12 hal., za dodatkowy ręcznik dopłaca się 6 hal., dzieci do lat 13 za kąpiel natryskową płacą 8 hal. Kąpać się można w wannie najdłużej 30 minut, w tuszu 15 minut. Łaźnia ludowa nie jest obliczona na zysk, owszem dążeniem zakładu jest obniżyć jeszcze ceny kąpieli, a nawet doprowadzić do bezpłatności. Łaźnia może być jeszcze rozszerzona na 6 do 8 kabin natryskowych dla dzieci.
   Gmach na zewnątrz robi sympatyczne wrażenie, gdyż spokojny w liniach architektonicznych, wolny jest od wszelkich ozdób i sztukateryj; nad głównym wejściem tylko wykuty jest w kamieniu herb miasta Krakowa.
   Całe urządzenie łaźni powstałe siłami miejsowemi, i tak: robotami murarskimi i ciesielskimi kierował budowniczy p. Matusiński; roboty ślusarskie wykonała znana pracownia p. Gramatyki, stolarskie wyszły z zakładu p. Wiśniewskiego, szklarskie i lakiernicze wykonał p. Grünwald. Całe urządzenie techniczne, instalacye kotłowni i machin elektrycznych, wodociągów i sieci rur z wodą gorącą i zimną, ogrzewanie kaloryferami i t. p. wykonała znana firma inżyniera L. Nitscha i Sp.

Fragment reklamy zakładu Karola Markusa [źródło: "Kalendarz krakowski Józefa Czecha" na rok 1900"]
[źródło]
[źródło: "Czas" 1907, nr 91 (20 IV), wyd. ppłdn.]
























Na próżno szukać dziś jednak tego budynku w Krakowie. Nieszczęśliwy wypadek sprawił, że w nocy 1 marca 1945 roku budynek został doszczętnie zniszczony przez pojedynczą bombę lotniczą, a pod gruzami zginęło wtedy dziewięć osób.

Pierwszy fragment prasowy pochodzi z dziennika "Kurjer lwowski" 1905, nr 192 (14 VI)

Bibliografia:
1) Barbara Zbroja, Konrad Myślik, Nieznany portret Krakowa, Kraków 2010, s. 91-94.
2) "Nowa Reforma" 1906, nr 248 (31 X).
3) "Czas" 1906, nr 253 (5 XI).
4) "Historia Krakowa pisana protokołami sekcyjnymi" .

10 VII 1899: w mleczarni Dobrzyńskiej w Parku Jordana


Zaraz po przekroczeniu bramy głównej Parku Jordana znajdował się drewniany pawilon mieszczący jedną z filii znanej w Krakowie mleczarni Eweliny Dobrzyńskiej. Tak opisane jest to miejsce w "Księdze adresowej Krakowa i Podgórza" z 1905 roku:
   Po lewej zaś stronie pawilonu widać rozstawione stoły, ławki i krzesła - to "Mleczarnia p. Eweliny Dobrzyńskiej", przeznaczona dla młodzieży i gości zwiedzających.
   Tu również wspomnieć należy, że firma p. Dobrzyńskiej, znana ze swoich licznych filii sprzedaży nabiału w mieście, zrosła się niejako z parkiem Dra Jordana, gdyż niemal od początku założenia paku ma tu również jedną ze swych filii. - Dostarcza smacznego nabiału, kawy, herbaty i t. p. młodzieży bawiącej się w parku w osobnym wspaniałym pawilonie mleczarskim zaraz u wstępu do parku po stronie lewej.
   Dzięki współdziałaniu tejże firmy dla dobra i rozwoju parku, zwłaszcza pod względem frekwencyi gości - park staje się coraz przyjemniejszym miejscem spacerowym dla publiczności, która tu jedynie przyjemne wytchnienie znaleźć może...
   Firma p. Dobrzyńskiej wprowadziła w ostatnich czasach bezpłatne koncerty orkiestralne - co się niemało przyczynia do ożywienia tego pięknego miejsca spacerów i świeżego powietrza.
Projekt mleczarni w Parku dra H. Jordana autorstwa Jana Rzymkowskiego z 1898 roku [źródło]
Mleczarnia Eweliny Dobrzyńskiej mogła pochwalić się też pierwszą nagrodą uzyskaną podczas wystawy mleczarskiej w Wiedniu w 1899 roku za mleko wielokrotne, masło i sery, a w szczególności za ser limburski.
Niestety, drewniany pawilon nie zachował się do dnia dzisiejszego. W 1967 roku strawił do pożar, a na jego miejscu wybudowano restaurację, która od dłuższego czasu jest już jednak zamknięta.

Pocztówka z wizerunkiem mleczarni w Parku dra H. Jordana [źródło]
Reklama mleczarni [źródło: "Księga adresowa Krakowa i Podgórza" z 1905 roku]

Pierwszy fragment prasowy pochodzi z dziennika "Głos Narodu" 1899 nr 153 (10 VII)

Bibliografia:
1) "Księga adresowa Krakowa i Podgórza" z 1905 roku.
2) Alegata do Sprawozdań Stenograficznych z Czwartej Sesyi Siódmego Peryodu Sejmu Krajowego Królestwa Galicyi i Lodomeryi z Wielkiem Księstwem Krakowskiem z roku 1898/9.

27 VI 1899: krakowskie "Wianki" świętem pirotechnika Mądrzykowskiego


Opis pięknej uroczystości "Wianków" z końca XIX wieku jest doskonałym pretekstem do przybliżenia krakowskiej osobliwości - pirotechnika Michała Mądrzykowskiego, gdyż właśnie tego dnia co roku jego sztuki zapierały dech w piersiach zgromadzonych nad Wisłą krakowian.
"Wianki" w Krakowie, wg Stanisława Tondosa, 1878 [źródło]
Michał Filip Mądrzykowski urodził się 21 stycznia 1854 roku, jako najstarszy syn Jana Michała i Kornelii. Zainteresowanie pirotechniką przejął od ojca, który już od wielu lat urządzał w Krakowie pokazy ogni sztucznych. Michał, mając jedynie 11 lat zaczął uczyć się fachu, a zaledwie cztery lata później urządził swój pierwszy samodzielny pokaz pirotechniczny. Nastolatek otrzymał zgodę od c.k. Namiestnictwa we Lwowie na dwukrotne palenie ogni na Błoniach krakowskich i całe szczęście, gdyż pierwsza próba nie powiodła się z powodu deszczu. Przez całą jego karierę zawodową aura nie była mu najbardziej sprzyjającą. Jak pisał Bronisław Drobner w swoich wspomnieniach: Na sto takich pokazów z dziewięćdziesiąt nie udawało się, bo właśnie wtedy, gdy już wspaniały mąż stanu, popularny pan Mądrzykowski pierwszymi wystrzałami z moździerzy donosi Krakowowi znać, że przystępuje do dzieła – zaczyna padać deszcz. Jednak druga próba, dokładnie 22 sierpnia 1868 roku zakończyła się sukcesem i tłum gapiów zgromadzonych na Błoniach mógł podziwiać samodzielnie sfabrykowane przez młodego Mądrzykowskiego ognie sztuczne.

Plakat pokazu ogni Michała Mądrzykowskiego z 1869 roku [źródło]
W latach 1874-1876 Michał Filip musiał przerwać rozpoczynającą się karierę ogniomistrza, gdyż na trzy lata został wcielony do wojska. Tam rozwijał jednak swoje talenty muzyczne i jako skrzypek udzielał się w wojskowej orkiestrze. Po skończonej służbie nadal zajmował się muzyką i nawet wybrał się w tournée z młodszym bratem, podczas którego poznał swoją przyszłą żonę. Państwo młodzi, połączeni węzłem małżeńskim 14 lutego 1888 roku, początkowo zamieszkali w rodzinnym mieście żony, Astrachaniu. Po kilku jednak latach Michał Filip powrócił wraz z nową rodziną do Krakowa, gdzie osiedlił się w dawnym domu przy ulicy Łobzowskiej 43 (obecnie stojący pod tym adresem budynek pochodzi z lat 30. XX wieku). Po śmierci ojca, Jana Michała, w 1894 roku Michał Filip przejmuje produkcję ogni sztucznych i już w następnym roku otrzymuje koncesję na wykonywanie zawodu.

[źródło: "Kalendarz Krakowski Józefa Czecha" na rok 1904]
Michał Filip Mądrzykowski nabył też posiadłość w Przegorzałach, nieopodal Krakowa, gdzie przeniósł swoją wytwórnię ogni sztucznych, jednak wciąż można było kupować od niego wszelkie wyroby pirotechniczne na ulicy Łobzowskiej. Najpóźniejsze ogłoszenia prasowe "Piromądrzyka Technikowskiego", jak był nazywany ogniomistrz w Krakowie, pojawiły się w 1910 roku.


[źródło: "Nowa Reforma" 1910, nr 14 (11 I)]
Zany pirotechnik, zmarł, po ciężkiej chorobie, będąc częściowo sparaliżowanym, 30 września 1919 roku, a wraz z nim zanikła rodzinna tradycja wyrobu sztucznych ogni Mądrzykowskich. 
 
[źródło: "Nowa Reforma" 1903, nr 118 (26 V)]

Stanisław Broniewski podaje nam jedną z receptur rodu wraz z komentarzem producentów:

"ognie bengalskie po moim ojcu Janie pirotechniku były do czasu dobre, ale potem okazały się niezupełnie bezpieczne. Zielony beng.: chloranu - 32, siarki - 18, baryty - 50, sadzy - 1. Żółty na lance, trudno się zapala: sal. - 9, siarki - 3, sal. chil. - 2. Źółty nie wilgotny, ale zmoczony! Na sucho pali się gwałtownie: chlor - 12, natr. oxal. - 2, węgl. sody - 1, siarki - 2, węgla mięk. - 13 a może 100. Awanturny, do dupy, niebieski z fontanną niebieską, dobry i ładny na gwiazdy i deszcz, może bez gówna dyabelskiego, saletry - 12, węgl. drob. - 5, cynk op. - 14. Fiu, fiu, fiu, cudo i tylo. Fiolet na lance: chlor - 14, siarkan miedzi - 6, kredy - 5, kalomelu - 8, siarki - 6, szellak - 1/2, a może nieco diabelskiego guwna"

[źródło: Dziesięciolecie Polski Odrodzonej. Księga pamiątkowa 1918-1928, Kraków-Warszawa 1929]

W tym roku "Wianki" w Krakowie już obchodziliśmy, był także tradycyjny pokaz sztucznych ogni. Przed imprezą dało się jednak słyszeć wiele głosów sprzeciwu, że to bezsensowne wyrzucanie pieniędzy w błoto (a raczej w niebo), że ogromny stres dla czworonogów i podobno, że ptaki mają teraz okres lęgowy i taki pokaz je niepotrzebnie stresuje. Pewnie to wszystko prawda, ale wystarczy przeczytać jak wspominał pokazy pirotechniczne Mądrzykowskiego Ferdynad Goetel, żeby cieszyć się takim widowiskiem: Czy warto wspominać tak błahe rzeczy? Wszelako, żyje się nie tym, co potoczne, a między tym, co było i może kiedyś być. Gdy jednak dzień jutrzejszy ziścił się nam już nieraz, przynosząc zawód oczekiwaniem, odwracamy się od pokus przyszłości i marzymy, patrząc wstecz. W tym siła wspomnień urzekająca.

Pierwszy fragment prasowy pochodzi z dziennika "Głos Narodu" 1899, nr 143 (27 VI)

Bibliografia:
1) Stanisław Broniewski, Spotkania z Krakowem, Kraków 1975.
2) "Czas krakowski" 1994 (25-26 czerwca), artykuł: Prometheus fatalis.
3) Ferdynand Goetel, Patrząc wstecz. Wspomnienia, Gdańsk 2000.

24 VI 1884: wielka powódź w Krakowie


W dniach 20-25 czerwca 1884 roku Kraków znalazł się pod wodą. Była to jedna z większych powodzi, które nawiedziły Kraków. Jak opisywano katastrofę w prasie? Pisownia oryginalna.


   W dniu wczorajszym podczas najwyższego stanu wody, stan rzeczy w Krakowie był następujący:
   Droga prowadząca do rzezalni miejskiej po za wiaduktem kolei Karola Ludwika, zalaną była w niższej swej części wzdłuż realności p. Wejrosty i części muru otaczającego ogród szpitalny. Po za nimi zalane były niżej położone części ogrodu. Dalej już tylko droga do rzezalni prowadząca wznosiła się po nad wodą, po obu zaś jej stronach wodach sięgała od strony miasta do wału kolejowego, zaś w przeciwnej strony łączyła się z Wisłą zalawszy pola, wikla miejskie i mieszkanie oprawcy. Sama rzezalnia wodą oblana przedstawiała się jak wyspa, tylko jedną drogą rzezalnia jak mostem z Grzegórzkami połączona. Cały cmentarz żydowski również wodą oblany i przeważnie zalany, następnie niższa część ulicy Dajwor, pola tak zwanej Majerówki i dopiero folwark miejski na Dajworze wyżej wzniesiony nie uległ zalaniu, jak i droga po nad Wisłą około zakładu gazowego od mostu podgórskiego wiodąca. Po drugiej stronie ulicy Mostowej Wisła zalała część ulicy Podgórskiej, potem oparłszy się o podwyższoną część pieców do wypalania wapna rozlała się szeroko pod „Kaktusarnią” i Skałką, zamykając ulicę Skawińską.
Parę domków małych nadbrzeżnych zalanych wyżej okien wodą. Między Skałką a Rybakami przedstawiała woda jedno koryto aż po ulicę Stradomską, przewyższyła bowiem wał ochronny i zalała dół materyałów i dawne koryto Starej Wisły aż po sam dom Towarzystwa Dobroczynności, wszedłszy także głębokim klinem w ulicę Kolletek, aż do końca muru ogrodu Bernardyńskiego.
   Domy od Rybaków ku ulicy Kolletek stały w wodzie, a mieszkańcom szczególnie jednego domu z licznem gronem dzieci na strychu się znajdujących dowieziono wodę i żywność łódkami. Na samych Rybakach droga utrzymywała się prawie równo z wodą, domki zaś niżej położone były na parterze zalane. Od ulicy Podzamcze Wisła rozlała się w całym ogrodzie p. Gralewskiego i zajęła większą połowę placu Groble, ulicę nad Wisłą aż po dom p. Leitra, wyżej położony. Ulica Zwierzyniecka uległa zalaniu aż do realności p. Kwiatkowskiego, przez wodę z kanału i z Rudawy, która przedostała się uliczką nad Rudawą. Na Smoleńsku woda sięgała w ogrodach aż do szkoły miejskiej, tylko ulicy podsypanej zalać nie mogła. Po przeciwnej stronie Rudawy cała ulica Zwierzyniecka, Wygoda i Błonia przedstawiały jedno morze, z którego sterczały tylko domy i wały forteczne. Od Smoleńska do ulicy Wolskiej wszystkie ogrody były pod wodą, aż do pałacu hr. Potulickich. Na Wolskiej ulicy woda zalała i uliczkę do realności księżny Jabłonowskiej prowadzącej, która prawie cała stała pod wodą. W ulicy Garncarskiej woda doszła do ulicy Studenckiej, dolna zaś jej część stała około jednego metra pod wodą. Po za realnością „Wenecya” zwaną, woda zalała tyły realności Konstantego hr. Reja, fabryki cygar aż po drogę czarnowiejską, błonia zaś po drogę łobzowską.
   Dziś od godziny szóstej rano znów zaczął padać drobny, lecz gęsty deszcz. Powietrze przejmująco zimne. Od siódmej promienie słońca zdają się chwilowo przeświecać przez chmury. Na zalanych wodą ulicach głównie straż ogniowa miejska i ochotnicza niesie pomoc skuteczną przynajmniej dla ratowania życia mieszkańców. Noc całą kapitanowie straży ochotniczej pp. Fenz, Gajdzic, Marynowski i lekarz dr. Jodłowski nie opuszczają zagrożonych stanowisk. Czynni również a znużeni bezsennością i pracą brandmistrze Zagórski, Stępiński, Iłg i sierżanci Łyżwiński, Świerczyński, Wójcik i Policzkiewicz; za nieustanną a skuteczną pracę zasługujący na zupełne uznanie.
   Naczelnikowi straży p. Eminowiczowi, wraz z radcą miejskim p. Henrykiem Szwarcem powiodło się wyratować na Wygodzie za domem p. Herzogowej, podeszłego wieku niewiastę.
   Kapitan straży ochotniczej Marynowski, z brandmistrzem Iglem, płynąc czółnem przez Zwierzyniec, wyratowali tonące dziecko.
Działalność inżynieryi wojskowej na Groblach, jak utrzymują okoliczni mieszkańcy, ograniczyła się o dbałość o bezpieczeństwo własne, polegające w okopaniu muru przy zajmowanym przez wojskowość domu i pilnowaniu na placu Portowym budowlanego materyału. Most przy ulicy Wolskiej na Rudawie poderwany wodą pochylił się; toż samo i most przy posesyi zwanej Wenecya.
  Niesienie pomocy ludności zamieszkującej małe domki na Zwierzyńcu najwięcej przedstawiało trudności. Niewiasty i dzieci licznie obsiadłszy dachy domostw, wołają przeraźliwie o pomoc. Kiedy zbliżają się wskutek rozporządzeń obecnego tutaj i nieustannie czynnego prezydenta miasta dr. Weigla i dyrektora budownictwa p. Niedziałkowskiego, łodzie ratunkowe ze strażakami, siedzący na dachach nie chcą z nich zeskakiwać. Energiczni strażacy oddalają się aby gdzieindziej zagrożonym płynąć z pomocą; wówczas rozdzierają słuch wołania: „pomocy!”, „ratujcie!”. I znów wracają, perswazyą starając się nakłonić nieodważnych do opuszczenia stanowisk na dachu – i znów napróżno. A czas leci i ze wszystkich stron słychać krzyki ludzi, ryk bydła, szum głuchy fal; a wśród ponurej i chmurnej nocy, światła palące się po domach i latarnie w rękach ratujących jedynem są oświetleniem, powiększającem grozę straszliwego obrazu.
   Całą noc trwało przewożenie mieszkańców na suche miejsce w ulicach nad brzegiem Wisły położonych.
  Naczelnik straży p. Eminowicz wydawał także rozkazy weteranom należącym do krakowskiego oddziału „Towarzystwa czerwonego krzyża”, niosącym w miarę sił, skuteczną pomoc mieszkańcom.
  Od rana trwające opadanie wylewu, wykazuje wielkie uszkodzenie w budynkach zalanych wodą. Na wielu domach zarysowały się pęknięcia. Pomoc ze strony budownictwa i przedsiewzięcie środków zapobiedz mogących waleniu się domów, są tu niezbędne.
   P. Romual Troczyński piekarz, na ręce naczelnika straży p. Eminowicza, nadesłał dla rozdania głodnym dotkniętym powodzią mieszkańcom 80 kilo chleba, obowiązując się dostarczać tyleż codziennie, aż d chwili zupełnego ustąpienia wylewu. Nadesłany chleb natychmiast odesłano łodzią do Ludwinowa, gdzie brandmistrze Zagórski i Iłg rozdali go łaknącej ludności z pośpiechem godnym pochwały.

Fragmenty prasowe z dziennika "Nowa Reforma" 1884, nr 143 (24 VI)

12 VI 1890: kamienica Jana i Karoliny Turnau'ów w Krakowie


Mowa jest o narożnym domu stojącym na skrzyżowaniu ulic Łobzowskiej 28 i Siemiradzkiego 2. Tak jak 124 lata temu został przez redaktora nazwany "najokazalszym w całej dzielnicy", tak do dziś się nic nie zmieniło, bo budynek rzeczywiście znacznie się wyróżnia swą urodą.
Jego autorem jest znany w Krakowie architekt Jan Zawiejski, który kilka lat później wzbudzał w mieście tyle kontrowersji ze względu na projekt nowego budynku teatru miejskiego. Zawiejski wystawił w Krakowie kilka kamienic czynszowych, ta jest jednak wyjątkowa, bo pierwsza, której budowy się podjął. Za nią postąpiły m.in. dom własny tzw. Jasny Dom przy ulicy Biskupiej i Łobzowskiej (1909), dom Żeglikowskiego przy ulicy Karmelickiej 45 (1912-1913) i kamienica Ohrensteina na rogu Stradomskiej i Dietla (1911-1913).

Kamienica narożna Łobzowska 28/Siemiradzkiego 2, stan obecny [źródło]
Kamienica prezentuje styl, który można nazwać manieryzmem północnym. Jego cechy charakterystyczne polegają na jednoczesnym użyciu w licu fasad cegły, kamienia i tynkowania, szpiczastymi zwieńczeniami i specyficzną ornamentyką. Zawiejski umieścił fantazyjne płaskorzeźby nad oknami trójkątnych szczytów przedstawiające głowy mitologicznych bożków lub afrykańskiego szamana ozdobionych girlandami roślin i owoców wychodzących z ich ust.
Dom był nazywany nieraz "pod Matką Boską" ze względu na płaskorzeźbę umieszczoną nad drzwiami wejściowymi od strony ulicy Siemiradzkiego.

Detal, kamienica narożna Łobzowska 28/Siemiradzkiego 2 [źródło]
Detal, kamienica narożna Łobzowska 28/Siemiradzkiego 2 [źródło]

Znamy już budynek, więc poznajmy i pierwszych właścicieli.
Budowa kamienicy rozpoczęła się w 1889 roku na zlecenie Jana Turnaua i jego żony Karoliny. Jan Ludwik Turnau herbu Dobczyc urodził się w 1844 roku i mógł się poszczyć szlacheckimi korzeniami. W Krakowie był radcą magistratu i zapewne zamożnym człowiekiem skoro mógł sobie pozwolić na takie mieszkanie, co zresztą zasugerowano w notce prasowej ("pomysłowości architekty nie krępowały względy finansowe"). Od 1890 roku był samodzielnym referentem do spraw dobroczynności w magistracie oraz zasiadał w komisji statystycznej tegoż. W 1895 roku "został uwolniony ze służby miejskiej", a po dwóch latach dociekania powodu tego dyscyplinarnego zwolnienia, przydzielono mu w końcu pełną emeryturę "w drodze łaski".
Według "Spisu ludności miasta Krakowa z roku 1890" rodzina Turnau'ów składającą się z pana domu wraz z małżonką, dwóch córek, dwóch synów, służącej, kucharki, francuskiej bony (opiekunki do dziecka) i stróża zajmowała pierwsze i drugie piętro okazałej kamienicy. Samo pierwsze piętro składało się z sześciu pokoi, dwóch przedpokoi, kuchni oraz werandy. Na parterze zapewne mieściły się sklepy i mieszkanie dla stróża. Zagadką pozostaje na co przeznaczono pomieszczenia na poddaszu i pokoik z oknem w wieży.

"Czas" 1899, nr 7 (10 I)

Jak wynika z nekrologu, Jan Ludwik Turnau zmarł 9 stycznia 1899 roku. Zapewne wtedy jego żona wraz z małoletnią córką wyprowadziły się z narożnego domu, gdyż w spisie ludności z 1900 roku figurują już pod innym adresem.

Pierwszy fragment prasowy pochodzi z dziennika "Nowa Reforma" 1890, nr 132 (12 VI)

Bibliografia:
1) "Kalendarze Krakowskie" Józefa Czecha.
2) Spisy ludności miasta Krakowa z lat 1890, 1900.
3) Dziennik Rozporządzeń Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa, 1882-1899.
4) Anna Sołtysik, Język form Teodora Talowskiego a współczesna kompozycja architektoniczna, Kraków 2012.

Co zgubili krakowianie w 1903 roku

Wpis wyjątkowo nie z dawnej prasy, a z "Dziennika Rozporządzeń Stołecznego Miasta Krakowa" z 1903 roku. W każdym takim zeszycie co miesiąc ogłaszano przedmioty znalezione w Krakowie złożone przez znalazców w Kasie Miejskiej. Poniżej przedstawiam ich wybór, który pokazuje co sto lat temu nosili przy sobie krakowianie. 

1) Pugilares, czyli ni mniej ni więcej tylko portfel. Ten pokazany na zdjęciu pochodzi z kolekcji Czartoryskich i jest raczej większy niż obecnie używane (długość dłuższego boku wynosi 16 cm). W takim pugilaresie trzymano banknoty, weksle, kartki zastawnicze, czasem losy loteryjne i notatki.

[źródło]
2) Tabakierka, jako że tabaka cieszyła się ogromną popularnością jeszcze w XIX i na początku XX wieku, każdy pan musiał taką posiadać. Rodzai było mnóstwo: okrągłe, kwadratowe, z drewna, srebra, kości słoniowej, skóry, mniejsze, większe, malowane, rzeźbione i gładkie. Nawet Mickiewicz w naszej narodowej epopei często wspomina o tabace i tabakierach [fragmenty].

[źródło]
[źródło]
3) Zegarek z dewizką, czyli kieszonkowy zegarek na złotym lub srebrnym łańcuszku. Był noszony przez ludzi zamożnych, kupców, przedsiębiorców. Najczęściej łańcuszek przypinano specjalnym guzikiem do butonierki marynarki lub kamizelki, a sam zegarek wkładano do kieszeni tychże. Dopuszczano także przypięcie dewizki do paska i noszenie zegarka w kieszeni spodni.

[źródło]
4) Cwikier, czyli okulary bez zauszników. Nie jest to jednak to samo co binokle, gdyż binokle opierają się na nosie dzięki nanośnikom (inaczej noskom), a cwikier trzyma się dzięki specjalnie wygiętemu, sprężynowemu mechanizmowi, który dopasowuje się do nosa. Na zdjęciu poniżej cwikier Henryka Siemiradzkiego z połowy XIX wieku.

[źródło]   
5) Lornetka. Dziś mało kto nosi ją przy sobie, szczególnie w mieście, sto lat temu jednak była nieodzownym elementem eleganckiej pani podczas wyjścia do teatru, na operę czy koncert.

[źródło]  

Po lewej stronie fragment z jednej z list przedmiotów znalezionych. Oprócz takich "zwykłych rzeczy" gubiono też nadzwyczaj dużo psów, trochę koni, a nawet gęś, barana i kanarka. Z ciekawszych rzeczy można trafić także na "worek ze sianem", "kalesony, koszulę i chustkę", "parę pończoch" czy szczyt techniki tamtych czasów "latarkę elektryczną". Jeśli nikt nie zgłosił się po zgubę, po upływie roku przedmiot lub zwierzę trafiał do znalazcy (chętnego), a po upływie trzech lat stawał się wyłączną własnością znalazcy lub był sprzedawany alb oddawany na rzecz ubogich. Rzeczy, których nie dało się przechowywać zostawały od razu sprzedawane i tak np. można było odebrać "1 koronę uzyskaną ze sprzedaży licytacyjnej znalezionego 1kg masła".